Miasto, które nigdy nie śpi. Pełne architektonicznych niespójności i gwarnych, zawiłych zakamarków. Miejsce, które wchłonęło starożytną, arabską osadę Jaffa. Przestrzeń, w której klaksony słychać nieustannie.
Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, wieczorem, kiedy dotarliśmy do Tel Avivu okazało się, że nasza rezerwacja zaginęła. Oryginalny plan był taki, aby bez pośpiechu rozpakować samochód, następnie zwrócić go do wypożyczalni i spokojnie oddać się przyjemnościom miasta, które ma wiele do zaoferowania. Ale… jak to w życiu bywa – najlepszy sposób, aby rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedzieć mu o swoich planach!

Karma wraca

Po doświadczeniach Julii i Evgeniego spodziewaliśmy się, że w sobotę (Żydowski Szabat) możemy mieć problem z realizacją naszego planu. Oprócz kłopotów z rezerwacją, pojawiła się jeszcze jedna przeszkoda. Okazało się bowiem, że Szabat kończy się w sobotę wraz z zachodem słońca, ale pociągi z lotniska, gdzie oddaliśmy auto, nie ruszają jeszcze przez kolejne 4 godziny. 😀 Byliśmy niemal skazani na bardzo drogi kurs taksówką. Spróbowaliśmy jednak zagadać do ludzi, po których właśnie przyjechał przyjaciel, czy przypadkiem nie podrzucą nas do centrum miasta. Po krótkim zastanowieniu i konsultacji zdecydowali się nas zaprosić na pokład swojej małej skody. Nawet nie spodziewałam się, że do fabii zmieści się: 5 osób, ich bagaże z tygodniowych wakacji, fotelik dziecięcy oraz pies – co prawda chihuahua, ale jednak pies 😉 W ciągu 40 minut dojechaliśmy pod same drzwi naszego apartamentu, w którym, z niewiadomych przyczyn, nagle wraz z końcem Szabatu nasza rezerwacja się odnalazła. 🙂 Byliśmy zmęczeni trudami całego dnia i zrezygnowaliśmy z planowanego wcześniej wieczornego wyjścia.

Na plaży, na plaży fajnie jest…

Nazajutrz piękna pogoda poprawiła nasz nastrój. Do tego doszło pyszne śniadanko i czytanie książek na miejskiej plaży. Co ciekawe kąpieliska w Tel Avivie są bardzo gęsto obstawione czarnymi flagami i bojami – z ciepłej wody Morza Śródziemnego można korzystać wyłącznie w obszarach, gdzie stoją Baywatche z prawdziwego zdarzenia. Często słychać ratowników, którzy upominają plażowiczów o niebezpiecznych zachowaniach. Po południu przyszedł czas na cruzzing po mieście. Na początku wybraliśmy się do portu do restauracji, którą polecali znajomi. I faktycznie mięli rację – zamówione owoce morza po prostu rozpływały się w ustach, a dodatkowo dostaliśmy chyba ponad 20 pozycji różnych przekąskowych smakołyków… Ledwo się stamtąd wytoczyliśmy! 😀

Na osłodę sok z granata

Snuliśmy się po małych i większych uliczkach nie mogąc nadziwić się wszelkiej różnorodności, jaka nas spotykała. Na koniec spaceru otoczyła nas prawdziwa feria kolorów i zapachów, kiedy dotarliśmy na Carmel Market. Stoiska z owocami, przyprawami, świeżo wyciskanymi sokami… Ach, co to było! To chyba moja najbardziej ulubiona część każdej podróży. 😉 Zamiast pamiątek postanowiliśmy przywieźć chałwę w kilku smakach. Później Kamil martwił się od nadbagaż, bo wyszło tego łącznie ponad 1,5 kg!

5 deszczowych dni w listopadzie

Ostatniego dnia poza leniuchowaniem na plaży, wybraliśmy się na spacer po biznesowej części miasta. Zachwycił nas pasaż Rothschielda, nieco przypominający barcelońską La Ramblę. Sporo osób z psami, panowie grający w boulle. Fajnie było. 😉 Na koniec zostawiliśmy sobie zachód słońca. I wtedy przekonaliśmy się, że w słonecznym Tel Avivie jak już pada, to pada na serio! 😉