Chwilę po tym jak opublikowałam ostatni post poznaliśmy ciekawych ludzi. Julia i Evgenii z Ukrainy zaczepili nas, gdy właśnie wsiadaliśmy do samochodu. Okazało się, że zaskoczył ich szabat i nie kursują autobusy, które miały ich zabrać do miejscowości Arad i dalej do Beer Szewa, gdzie nocowali u przyjaciela poznanego dawno temu na kursie jogi w Kijowie.

Hitchhiking dla odważnych

Kamil bez chwili namysłu zdecydował, że trzeba im pomóc. Mimo początkowych obaw trudno było się z nim nie zgodzić, ponieważ było już po zmroku i autobusy miały zacząć kursować dopiero za 24 godziny. Cała ta sytuacja wydała mi się bardzo dziwna tym bardziej, źe Julia jest w 5 miesiącu ciąży. Po drodze okazało się, że Julia jest finalistką The voice of Ukraine, a Evgenii porzucił grę na gitarze w pop rockowym zespole na rzecz bycia buddystą. Cała podróż, w kierunku przeciwnym niż nasz nocleg, upłynęła na rozmowie o posiadaniu dzieci oraz oczekiwaniach i obawach z tym związanych. W myśl buddyjskich przekonań, jakie prezentował Evgenii, wszystkie nasze decyzje, a w związku z tym życie, jakie prowadzimy to uosobienie strachu, który odczuwamy na nowe, nieznane nam dotąd sytuacje…

Ein Gedi

Namaszczeni dobrą karmą wróciliśmy na camping, gdzie parking pękał w szwach. Muzyka bębnów mieszała się z zapachem rozpalonych ognisk i potraw gotowanych w kociołkach. Byliśmy zaskoczeni, jak wielkim powodzeniem cieszy się nasza oaza. Ze względu na dużą liczbę rodzin z dziećmi zostaliśmy przeniesieni z namiotu nr 12 do namiotu nr 3 😉, a wraz z tym nasze zapasy żywności wyparowały… Wino i hummus udało się odzyskać, dlatego wybraliśmy się do „lobby-baru”, gdzie spędziliśmy wieczór grając w „pykanko” (Dzięki Rafał! Co to za gra pokażę Wam jutro, w transmisji z plaży na IS, już w Tel Awiwie).

Nazajutrz

Noc nie była łatwa z uwagi na towarzysza, który w poprzednią noc wypił zapewne zbyt dużo alkoholu i głośno chrapał! Szczególnie między 3 a 5 rano 😎. Po krótkim śnie spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy na spotkanie z historią. Naszym celem była Masada, starożytna twierdza zbudowana przez króla Galilei, Heroda. Tym razem wybraliśmy się w pieszą wędrówkę, aby zdobyć wzgórze teoretycznie położone na wysokości 350 metrów, a praktycznie znajdujące się w depresji, 150 m poniżej poziomu morza. Taka perspektywa jest naprawdę intrygująca. Podsłuchując przewodnika Amerykanów dowiedzieliśmy się trochę o megalomanii władcy, który poza całym kompleksem obronnym zażyczył sobie wybudowanie w bardzo trudnych warunkach dwóch pałaców, północnego i wschodniego, celem podkreślenia swojej wielkości oraz możliwości obserwacji zapierających dech w piersiach wschodów słońca. Do dziś czuję zakwasy w pośladkach i w łydkach.

Should I stay or should I go

Ruszyliśmy dalej. Przed nami był ostatni i za razem pierwszy punkt wyprawy – Tel Aviv. Po drodze, wzdłuż autostrady, obserwować można było muzułmańskie wioski, zbite z blachy i drewna, pełne dzieci ujeżdżających osły i ludzi pędzących stada wielbłądów. Po dwóch godzinach dotarliśmy do celu. Przygody dopiero zaczęły się na dobre… Kamil dostał informację, że nasza rezerwacja umknęła pracownikom hotelu. Jeśli jesteście ciekawi, co działo się dalej, zapraszam na bloga w środę. 😘