Dziś będzie nietypowo, ponieważ właśnie rozpoczęłam swój długo wyczekiwany urlop. Przez kilka pierwszych godzin trudno było mi wejść w tryb “wakacje”, jednak początek dnia spędzony nad basenem w malowniczo położonej willi, co mogliście zobaczyć na Insta Stories, pomógł uwierzyć mi, że to dzieje się naprawdę. W końcu od rana jest 30 stopni C. Po szybkim śniadaniu, spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę. Naszym celem było zdobycie karty SIM z Internetem. Planujemy podróż nad Morze Martwe dlatego ta inwestycja może wybawić nas z niejednej podróżniczej opresji. Tym bardziej, że wiele znaków drogowych jest po Hebrajsku.

Każdy sposób jest dobry, jeśli jest skuteczny

Dużo mówi się, że Izrael jest bardzo drogi, dlatego przedwyjazdowy research polegał także na tym, aby znaleźć metodę na optymalizację kosztów. Po pierwsze roaming. Będąc jeszcze w Polsce wykupiłam usługę “Wybrane Kraje”. Polega na tym, że zmniejszona została opłata za odbieranie połączeń przychodzących. Zamiast 5 złotych za minutę teraz zapłacę trochę ponad 1,20 PLN. Cała ta przyjemność za 3 złote doliczone do miesięcznego abonamentu. Tym samym wróciłam do czasów, gdy puszczasz mamie sygnał i wiadomo, co dzieje się dalej. Kolejnym zadaniem było zaopatrzenie się w produkty na podróż. Sprawdziliśmy ceny w supermarkecie Super Cofix, który został opisany na jednym z blogów, jako sieć sklepów “zbuntowanych”, niezgadzających się na wysoką marżę narzucaną przez rząd.

Lokalna kuchnia

Później przyszła pora na brunch. Wybraliśmy restaurację Benedict, ponieważ jako nieliczni w naszej okolicy mają na swojej stronie www załączoną kartę dań w języku angielskim. Spróbowaliśmy szakszuki oraz bajgla. Póki co okazuje się, że domowa szakszuka ze świeżych pomidorów jest duża lepsza niż ta zrobiona z gotowej passaty oraz, że lokalesi do awokado dodają dużo więcej cytryny niż my. Najedzeni na maksa ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wieczorny chill-out

Pierwsza butelka białego wina otwarta, pół kilo hummusu za nami i teraz nie pozostało nam już nic innego niż odpalić gierkę planszową na fantastycznym roof topie hotelu w Jerozolimie. Rozpościerający się stąd widok budzi mieszane uczucia. Z jednej strony nowoczesność, segwaye, buty i plecaki Vansa, a z drugiej starożytne miasto, do którego codziennie przybywają tysiące pielgrzymów z całego świata. Wąskie uliczki Starego Miasta przepełnione są wszelkiej maści pamiątkami i przedmiotami kultu religijnego Made in China. Po jednej stronie muru meczet, po drugiej synagoga. Odwiedziliśmy Bazylikę Grobu Pańskiego, gdzie pod jednym dachem odbywają się katolickie i grecko-prawosławne obrzędy. Wracając przeszliśmy przez nowoczesną galerię handlową Mamilla, naśladującą swym kształtem antyczną architekturę. Znaleźć tam można zarówno Mango, jak i Zara oraz współczesne trójwymiarowe obrazy. Bez wątpienia jesteśmy w mieście wielu kontrastów. Społecznych, kulturowych, obyczajowych i religijnych.

Co nas czeka?

Jutro Betlejem, a później regeneracja nad Morzem Martwym. Na koniec zostawiliśmy sobie Tel Aviv. To miasto podobno nigdy nie zasypia. Zapraszam Was na IS, gdzie na bieżąco będę relacjonować, co się u mnie dzieje.